”Nie jestem stworzony do pracy biurowej. Chciałem być ratownikiem i nim jestem”

Autor: Wioletta Malicka | 11.10.2017

Mateusz Kalinowski mieszka w Olsztynie. Od ponad sześciu lat jest ratownikiem medycznym. Jak sam przyznaje, jest to praca, która z jednej strony wymaga ogromnej odporności na stres, z drugiej jednak daje ogromną satysfakcję – z ratowania ludzkiego życia.

Wioletta Malicka, Wirtualna Polska: Jak to się stało, że wybrałeś ten zawód?

Mateusz Kalinowski, ratownik medyczny: Przyznam szczerze, że kończąc szkołę średnią, nie myślałem o pracy ratownika. Tak się jednak stało, że po maturze – chcąc dalej kontynuować naukę – musiałem na nią zarobić. W taki sposób trafiłem 11 lat temu do pogotowia. Pracę rozpocząłem jako kierowca, nie posiadając wykształcenia medycznego. Dorabiałem na utrzymanie, jeżdżąc karetką dwa do trzech dyżurów w tygodniu. Szybko się jednak okazało, że poprzez kontakt z kolegami-ratownikami, obserwację ich pracy i zaangażowania, wsiąkłem – postanowiłem zostać ratownikiem. Ukończyłem policealne studium medyczne, a obecnie uzupełniam wykształcenie na studiach.

Czy pamiętasz sytuację, w której zapadła ta decyzja? Co najbardziej pociągało cię w pracy ratowników?

Najbardziej zaważyły na mojej decyzji… powroty z wypadków i rozmowy, które prowadzono w karetce. Wiele osób myśli, że praca ratownika polega na dowiezieniu pacjenta na SOR (szpitalny oddział ratunkowy) i przekazaniu go w ręce lekarzy. W rzeczywistości większość z nas analizuje przypadki, rozmawiamy o tym, co można było zrobić lepiej, omawiamy akcje reanimacyjne i wymieniamy się doświadczeniami. Słuchając rozmów na ten temat, trudno jest pozostać obojętnym. Dlatego uznałem, że to praca mająca głęboki sens i pozostawiająca w moim sercu bardzo przyjemne uczucie.

Ilu osobom uratowałeś życie?

Nie prowadzę tego typu statystyki. (śmiech) Takich przypadków jest dużo, a tylko podczas wczorajszego dyżuru mieliśmy ”ręce pełne roboty” – otrzymaliśmy wezwanie do pacjenta, który był nieprzytomny, ale oddychał. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że zaczął sinieć. W takich sytuacjach zaczynasz działać automatycznie – w momencie gdy sprzęt do reanimacji jest rozłożony, pacjent ma wykonywane wkłucie, a ty zaczynasz prowadzić reanimację. Gdy wjeżdżaliśmy przez bramę Szpitala Wojewódzkiego w Olsztynie, normalnie rozmawiałem z chorym. Osoba postronna raczej nie wiedziałaby, że dosłownie pół godziny wcześniej ten człowiek był na granicy dwóch światów. To wrażenie trudne do opisania – bo czujesz, że złapałeś kogoś przechodzącego na ”drugą” stronę i udało ci się go sprowadzić ponownie na ziemię.

Czy przeszła ci kiedykolwiek przez głowę myśl o zmianie pracy na bardziej stabilną, spokojną – taką za biurkiem?

Nie ma mowy, nie wyobrażam sobie siebie w pracy biurowej od 7.00 do 15.00. Utonąłbym w papierach. Na samą myśl o trzech fakturach, które muszę dostarczać mojej księgowej, robi mi się niedobrze. Zdecydowanie nie jestem stworzony do pracy biurowej i mam świadomość, że nie byłbym dobrym pracownikiem.

A czy miewasz momenty zwątpienia?

Zwątpienia nie, ale trudno jest się mierzyć z sytuacjami, kiedy nie udaje się nam kogoś uratować. Na przykład wczoraj nie udało nam się przywrócić czynności życiowych mężczyźnie z pożaru. Nie neguje to jednak całej idei służby i głębokiego przekonania o potrzebie pracy ratowników.

Pamiętam jedną z pierwszych akcji, na którą wyjechałem już jako ratownik, a nie kierowca pogotowia. To był wypadek, do którego wyjechaliśmy, ale praktycznie nie zrobiliśmy nic, mimo że dotarliśmy na miejsce jako pierwsi. Niewiele starszy ode mnie chłopak, 28-latek, zderzył się swoim samochodem czołowo z TIR-em. Oba pojazdy wylądowały w rowie, niestety jego zaczął płonąć, a on razem z nim... Jako załoga karetki byliśmy bezradni, ponieważ pożar w pierwszej kolejności musiała opanować Straż Pożarna. To wydarzenie chyba najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Każda praca ma swoje cienie i blaski. Stojąc na pierwszej linii, często jesteście narażani na różne, czasem nietypowe sytuacje. Co jest obecnie największym problemem, który deprymuje ratowników?

Największą bolączką jest dużo nieuzasadnionych wyjazdów, np. do osób pijanych, do których przechodnie boją się podejść. Zazwyczaj po ogólnym przebadaniu taka osoba, gdy nic poważnego jej nie dolega, przekazywana jest straży miejskiej. Bycie pod wpływem alkoholu na szczęście nie jest kwalifikacją do przebywania w szpitalu.

Z drugiej strony jestem również dyspozytorem medycznym, więc znam pojawiające się problemy z obu stron. Trudno jest dyspozytorom odmówić przyjęcia zgłoszenia, kiedy w słuchawce słyszą, że na ulicy leży człowiek i nie ma z nim kontaktu. Oczywiście mam świadomość, że załoga karetki wysłanej na miejsce będzie się irytować, że po raz kolejny została wezwana do osoby nietrzeźwej. Działając jednak po obu stronach, wiem, że lepiej wyjeżdżać częściej, niż dopuścić do sytuacji, kiedy osoba realnie potrzebująca naszej pomocy zostałaby bez niej.

To, co mnie osobiście frustruje i myślę, że całe środowisko ratowników również, to narastający problem agresji pacjentów pod wpływem różnorodnych substancji odurzających. Ostatnio mieliśmy taką sytuację, że młody chłopak przewożony karetką zaatakował nas i w efekcie byliśmy zmuszeni do użycia środków przymusu bezpośredniego. Szczęście w nieszczęściu – jechała za nami policja, którą poprosiliśmy o interwencję i pacjent został obezwładniony. Niestety, tego typu sytuacje pojawiają się coraz częściej, a głównymi winowajcami są alkohol, narkotyki i dopalacze.

Czy dużo kobiet pracuje w twoim zawodzie?

Mamy koleżanki, które pracują z nami w firmie (w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Olsztynie – przyp. aut.). To najtwardsze babki, które nie boją się wyzwań związanych z tą pracą – widoku pacjentów po wypadkach, agresji ze strony chorych lub ich otoczenia czy konieczności wynoszenia poszkodowanych z miejsc trudno dostępnych. Dodatkowo obciążenie sprzętem, np. defibrylatorem, wymaga od naszych koleżanek dużej siły fizycznej. To niełatwa praca dla kobiety.

Jesteś również jednym z nielicznych ratowników, którzy pełnią dyżury na motocyklu ratowniczym. Czy różnią się one od tych w karetce?

Dyżurując na motocyklu, jestem wysyłany wyłącznie do zdarzeń na ulicy: wypadków, omdleń, zasłabnięć. Nie jeżdżę do pacjentów pozostających w mieszkaniach. Olsztyn jest dość specyficznym miastem, gdzie motocykl ratowniczy ma głęboki sens z uwagi na uwarunkowania geograficzne – liczne wąskie ścieżki nad jeziorami, gdzie klasyczna karetka miałaby problem z dotarciem. W ten sposób dyżurujemy od początku maja do końca września.

Niewątpliwą przewagą motocykla – również z punktu widzenia całego systemu ratownictwa – jest to, że zazwyczaj jestem na miejscu wypadku pierwszy i mogę ocenić, ile karetek powinno dotrzeć. To rozwiązuje częsty problem zgłaszających, którzy nie są w stanie ustalić, ile osób wymaga pomocy. A każda karetka jest na wagę złota, bo może być potrzebna w innej części miasta, do innego zdarzenia.

Najgorsze są dni, kiedy pogoda nie rozpieszcza, a ja otrzymuję zgłoszenie do osoby nieprzytomnej. Wówczas, jadąc na motocyklu, muszę bardzo pracować nad sobą i cały czas mówić sobie: ”Zwolnij, bo możesz nie dojechać”.

Ratownictwo medyczne to trudny zawód. Czy rodzina ze zrozumieniem przyjmuje twoją pracę?

Muszę przyznać, że jestem w bardzo komfortowym położeniu, ponieważ moja narzeczona jest lekarzem. (śmiech) Rozumie, na czym polega moja praca, a z drugiej strony wiele sytuacji, z jakimi mam do czynienia, możemy sobie przedyskutować w domu. Ta możliwość spokojnego wygadania się i de facto konsultacji z lekarzem daje mi bardzo dużo – szczególnie, że zawsze znajduję w Ani oparcie.

Do kin w najbliższym czasie wchodzi film „Botoks”. Jak go oceniasz?

Widziałem trailer, ale filmu nie. Jednak gdybym na podstawie krótkiej zajawki miał go ocenić, to traktuję go w kategoriach komedii. Kabaretem jest dla mnie przedstawianie ratowników jako osób zdejmujących wisielcowi buty. Do takich sytuacji w rzeczywistości nie dochodzi.

Rozmawiała: Wioletta Malicka