”To dziecko definiuje męskość” – wywiad z Jakubem Wesołowskim

Autor: Ewa Rycerz | 19.10.2017

Zawodowo jest wziętym aktorem. Znamy go głównie z seriali, m.in. ”Na Wspólnej”, ”Czas honoru” czy ”Ojciec Mateusz”. Prywatnie – tata niespełna rocznej Róży. Ostatnio zaangażował się w program Mali Ratownicy, którego został ambasadorem. Z Jakubem Wesołowskim rozmawiamy o tym, co dało mu ojcostwo oraz dlaczego nauka pierwszej pomocy jest tak ważna w przypadku dzieci.

Ewa Rycerz, Wirtualna Polska: Jesienią ubiegłego roku zostałeś tatą. Co zmieniło się wtedy w twoim życiu?

Kuba Wesołowski: Ojcostwo zmienia definicję bezpieczeństwa. Gdy pojawia się w życiu nowy, mały człowiek, nagle wszystko to, co wydawało się błahe, nabiera nowego znaczenia. Narodziny dziecka powodują chęć troski i zapewnienia mu rzeczonego bezpieczeństwa. Nagle okazuje się, że to ono definiuje męskość.

Bycie tatą to rola życia? Jest dla ciebie wyzwaniem czy raczej grasz ją intuicyjnie?

To chyba jedyna rola w życiu, jaką gram bez scenariusza.

Niedawno zaangażowałeś się w projekt Mali Ratownicy. Ojcostwo uwrażliwia na krzywdę innych? Szczególnie dzieci?

Stając się ojcem, zaczynasz dostrzegać pewne sytuacje, na które wcześniej nie zwracałeś uwagi. Widzisz też ryzyko, które pewnie wcześniej bagatelizowałeś bądź go po prostu nie zauważałeś. To ryzyko chcesz zminimalizować do minimum. Wymaga tego dobro twojego dziecka.

Uważam, że nadwrażliwość po narodzinach dziecka za coś normalnego. Bycie kłębkiem nerwów również. To wszystko wynika z tego, że nagle, prawie z dnia na dzień, na pierwszym miejscu zaczynasz stawiać coś innego niż wygodę czy rozrywkę. Nagle okazuje się, że są setki sytuacji, w których trzeba zrobić wszystko, by dziecko było bezpieczne. Jeśli ma się to sprowadzić do tego, że mam kupić droższy, ale bezpieczniejszy fotelik, to zapewne wydam na niego te pieniądze.

Dlaczego zdecydowałeś się wziąć udział w akcji Mali Ratownicy?

To wyjątkowy projekt. Taki, który uczy postaw stricte obywatelskich. Ja bardzo cenię sobie inicjatywy lokalne, które kształtują postawy, uczą ważnych, potrzebnych rzeczy. Ten projekt taki właśnie jest.

Mali Ratownicy to nauka pierwszej pomocy dla dzieci. Ty miałeś takie lekcje?

Przypominam sobie jedną, w szkole podstawowej. Co z niej pamiętam? Naprawdę niewiele. W czasie spotkań z Małymi Ratownikami uzmysławiam sobie, że pierwsza pomoc dla tych dzieci nie jest czymś, co mają pamiętać. Dla nich to odruch. Coś, co robią, kiedy zachodzi taka potrzeba. I tyle.

Dorośli mogą uczyć się od tych dzieci?

W zupełności. Ja ze swojej strony, biorąc udział w tych spotkaniach, staram się ich nie zepsuć (śmiech). A tak poważnie, chcę mówić o tej akcji głośno. Biorę udział w różnych przedsięwzięciach, ale to traktuję zupełnie wyjątkowo.

Myślisz, że te wartości, które niesie akcja są potrzebne?

Zdecydowanie. Wydaje mi się, że Polacy nie do końca wiedzą, jak udzielać pierwszej pomocy. Uczenie tego dzieci jest doskonałym pomysłem. One są bardzo chłonne i chętne do współpracy. Tu nawet nie chodzi o ratowanie życia – miejmy nadzieję, że takie sytuacje nie będą przydarzać im się często. W tym wszystkim istotne jest budowanie społeczeństwa, nauka reagowania na sytuacje, w których komuś coś się stało, dbanie o czyjeś bezpieczeństwo, a nie tyko swoje. Sztuką jest udzielić pierwszej pomocy. Do tego trzeba mieć odwagę.

Jak uczyć dzieci pierwszej pomocy?

Kluczem jest tutaj zabawa. Dzieci nie znają wartości życia, tłumaczenie im, że kogoś uratują nie do końca jest trafione. Je należy uczyć atrakcyjnymi formami, ale tak, by pomoc innym weszła w krew, stała się oczywistością, czymś powszednim. Wierzę, że te dzieciaki niedługo rozwalą system. (śmiech)

Ty swoją córkę będziesz angażować w takie przedsięwzięcia?

Zdecydowanie tak. Ta akcja skradła moje serca. To nie jest coś, co nagle przestanie być modne.